Featured Post

People C’mon, Wherever You May Roam

C’mon people, people c’mon Walk with me together Into things unknown Into tribal sunrise hanging high above Valleys of your wisdom Mountains...

Showing posts with label Polish. Show all posts
Showing posts with label Polish. Show all posts

Saturday, January 17, 2026

2001/12/23 - punkt wyjścia do nowej płyty? Być może.

Upadek Tytanów

Kiedy pękną cyklopowe mury
I słońce zawiśnie nad pustą ziemią
Nie będzie ludzi którzy płaczą
Ani tych którzy się śmieją
Metaliczny pobłysk maszyn
Jeszcze chwilę pozostanie na niebie
Lecz wkrótce spadnie na dół
Wieczny pył zasnuje sklepienie

Horyzonty upadną w nicość,
Bieguny zamienią się miejscami
Pozostaną ostatnie ruiny
Które kiedyś były snami

Kiedy księgi rozpadną się w pył
Gmachy runą i przysypie je ziemia
Tylko ci którzy przetrwali
Będą mieli coś do powiedzenia
Pamiętają Złoty Wiek
I wszystkie cuda umysłu
Pamiętają jeszcze żywe słońce
Które teraz nieruchomo zawisło

To co dla mnie jest sekundą
Dla nich wiekiem zdaje się
To tylko zatrzymana klatka
Niedługo obraz poruszy się

Uruchomię maszynerię niebios
A wszystko odżyje jak Feniks
Jego pióra kryje złoty atrament
Przed ogrodem stoi wieczny obelisk

Odbudowiciel

26 tysięcy lat
Widoki które zmieniają nasz świat
Pełen cykl u świtu bram
O zachodzie wędruję sam
Liczę gwiazdy, mierzę ziemię
Niosę światło dla nowych plemion
Zbudowałem lwa i Pas Oriona
Matka Wszechrzeczy jest zaspokojona

Eony w przód, eony w tył
Zmierzam poprzez gwiezdny pył
Obrót koła początek i kres
Kres jest początkiem i on końcem jest
Słońce wschodzi tam gdzie zaszło
A zachodzi tam gdzie wzeszło
Widziałem wschód i zachód Oriona
A całe pokolenia odeszły

Wednesday, January 1, 2025

Jasna cholera.

Witam w 2025 roku. W tym właśnie roku stuknie mi 40-stka. Większość "poważnych" artystów w moim wieku ma już swój "katalog", "niszę", "specjalizację" - słuchacze wiedzą, czego się po nich spodziewać. A ze mną nigdy nie wiadomo. I dobrze. Nie znoszę nudy. 40-stka to jednak "poważny" wiek - znaczy mniej więcej tyle, że ponad połowa statystycznego męskiego życia już za mną.

W latach 1998-2024 nagrywałem sporo. Popełniłem sporo złej muzyki, ale jakiś odsetek niezłej i dobrej też się trafił. Z tego jestem zadowolony. Mam nadzieję, że słuchaczy rozczarowanych jest więcej niż tych zadowolonych. Sztuka powinna być nieco wyzywająca, i być troszkę takim kijkiem w mrowisku wygody.

Z pierwszych archiwalnych nagrań jestem w ogóle niezadowolony - pierwsze, które coś dla mnie znaczy, to pierwsze (i ostatnie zarazem) nagranie efemerycznego składu Strange World z 2003 roku. Myślę, że nagranie krąży gdzieś online.

Kolejne, to dopiero 2014 rok i płyta "Stoned Gypsy Wanderer". Kolejne to skok do 2020 roku i płyta "Eimi". Kolejne to część dorobku Fairyport Convent (2021-2025 - bo jest już nowa EPka - polecam sprawdzić bandcamp zespołu) i wybrane elementy dyskografii Die Rote Erde (projektu założonego 21 lat temu!). 

Bardzo podoba mi się też granie z Psychedelic Mayhem (ze współzałożycielem Leszkiem Garstką i Mają Okamgnienie zasialiśmy troszkę psychodelicznego ziarna w Poznaniu). Psychedelic Mayhem ulegnie jednak przeformatowaniu, ponieważ niestety nie wszystko zawsze układa się tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Udało się nam jednak nagrać sporo wartościowego materiału, za co jestem wdzięczny.

Bardzo lubię improwizować z Bezkwitem - nasza najnowsza płyta ukaże się już 18 stycznia.

PYRK to kolejny świeży projekt, z którego jestem dumny - w założeniu niby niewinny free improv, ale zza winkla wyłania się potwór japanoise'u i koślawe yeti art brut.

Pod nazwiskiem wypuściłem 4 nowe płyty - a w zasadzie dopiero wypuszczę, ponieważ daty na bandcamp to płyta co miesiąc - "Quiet Noise" styczeń, "Texture" luty, "Jizzjazz" marzec, i dowcipne "Anti-Gravity" 1 kwiecień. Dlaczego dowcipne?

Pamiętam pierwsze próby z tą swoją nieszczęsną punkową zbieraniną na Golęcinie. W salce stała perkusja, i pewnego dnia nagrałem 60-minutową kasetę na perkusję solo (zupełnie nie potrafiąc grać na perkusji, i mając 14 lat). Kaseta zaginęła (na szczęście), ale razem z inspiracjami Mouse on Mars, do którego powróciłem na przełomie 2024/2025 (świetna płyta "Herzog Sessions") przyczyniła się do pomysłu rewitalizacji muzyki free improv na perkusję i syntezator (z małym dodatkiem pianina MIDI i taśm, a także głosu). I tak, płyty styczniowo-marcowe to rozwinięcie papieru toaletowego free-jazzu aż do granic cyfrowego absurdu - aż w końcu, sru, kulminacja! "Anti-Gravity" właśnie.

OK, to jeszcze tylko kwestia ciężkiego grania - moi bliscy doskonale wiedzą, że nie samym krautrockiem Adam żyje - pociąga mnie brazylijski ekstremalny metal i japanoise. Jestem więc też bardzo dumny z "Acid Head" projektu Gita Ra, płyty, która pięknie spina wszystkie moje najwcześniejsze inspiracje, o których trąbiłem chyba w każdym dotychczasowym wywiadzie.

I będzie więcej "Acid Head" ode mnie! "Herbapolis" pojawi się na 10" winylu już niebawem - na razie mam tytułowe nagranie i szkice kolejnych improwizacji w sosie industrial stoner. Polecam Herby Records, które płytę wyda.

Dziękuję wszystkim, z którymi zetknął mnie los - na dobre, czy złe, po coś dobrego, czy po coś złego, dla 40-latka nie ma w sumie różnicy - liczy się doświadczanie i droga, nie cel i emocje. Bądźmy bardziej jak chmury dźwięku. A wtedy pewnie będziemy zdrowsi.

Dziękuję, sprawdźcie linki na tym skromnym blogu, jeśli wiecie o mnie za mało, by zrozumieć ten post.

Happy 2005, cholera, 2025. Nie wiem, co się stało z tymi 20 latami. Andele.

Tuesday, December 17, 2024

"Poranek" (2024).

Ślizgamy się po wietrze, dryft chmury
o północy wietrzymy
powieki
oczy spozierają na dryft
po wietrze ślizga się głowa
otoczona czerwonymi gwiazdami

W lustrze druga głowa
żeńska, ta męska
spotykają się gdzieś w rzece ramion
w której kąpie się stary Hindus
i drwi z kapiących kropel
morza

One w końcu wypełnią rzekę, w której
wykąpią się gwiazdy
a Hindus na statku kosmicznym
wzniesie się gdzieś w Aldebaran
skąd przyszli bogowie i
reinkarnacja

To jednak nieistotne - co ważniejsze, to głowy
ślizgające się po wietrze
powieki skąpane w oceanie
i dusza przecięta mikroskopem
któryś naukowiec bardzo się nudził
odkrywając czas

Tutaj nie ma on znaczenia
nie mierzymy niczego
a rzeka ramion pozwala na kąpiel
czerwonym gwiazdom
poranka.

Sunday, November 24, 2024

"Manto"

Arcylinearne pejzaże spływają
rzekami mózgu
ktoś modeluje narkotyki
wedle wizji trzeźwego malkontenta

I wszyscy są kontent
gdy babcia woła na kolację
nikt nie zbiera puszek
a kolega znów wywiesza Gołotę

Goło zrobiło się na dzielnicy
tagi to jedyna sztuka
zagubionych dzieci hip hopu
które myślą, że widziały wszystko

SeeTickets to nie rozwiązanie, krzyczy
sęp i kołuje nad dachami bloków

ktoś dzisiaj dostanie
manto.

Thursday, November 21, 2024

Różnica.

Dla mnie nie ma różnicy między 15-letnim amatorem, który "eksperymentuje" bo nie umie ani komponować, ani grać, a artystą po Akademii z 15-letnim stażem eksperymentów. Ten pierwszy czasem robi ciekawszą sztukę.

Wednesday, November 13, 2024

Gamma Gamma Promień Śmierci (2001).

Mechaniczna osobliwość drąży tunel w oceanie
Miłość powoduje luki w stugodzinnym planie
Brodaci mędrcy zasiadają na skrzydłach wszechświata
Nie liczą czasu bo nie istnieje
A kiedy podążają za erupcjami pętli światła
Zrobotyzowany mechanik dziko się śmieje
Mydło spływa po podłodze statku z przeszłości
Wszystko jest wszystkim w objęciach chaosu
Obudzimy dzieci straconego słońca błyskiem A
A kiedy powstaną uniosą ręce w prymitywnym hura
Maczugi zamieniono na kalkulatory i telefony
Skóry na garnitury i oczy na okulary
Nie nadajesz się do niczego bo jesteś stary
Powiedzą, że komunikacja jest zbyteczna do życia
Niewolnicy uwierzą w polityczne pomówienie
A kiedy ujmą sprawę jasno: wierzysz lub giniesz
Religia miłości wyda ostatnie tchnienie
Dymny pazur sięga po kalkulator liczy flary
Artyści odłożą pędzle, pióra i instrumenty
Wszyscy podążajmy za techniką i religią
I umierajmy nie wiedząc, po co przyszliśmy na świat
Wegetarianie siedzą obok nad sałatkami
Nie patrzą w okna bo ujrzą notatnik
Kiedy wszyscy mędrcy zgolą swoje brody
Dowiemy się, kto nadszedł ostatni
Stwórcy budowali piramidy, Baalbek i Babilon
Nie patrzyli w dół, bo wiedzieli że jest dobre
A kiedy mędrcy zgolili brody
Eksplozja wyniosła na piedestał dzikie hordy
Gińmy alfa gamma neuron
Gińmy alfa gamma neuron
Gińmy alfa gamma neuron
Matematyka definiuje z reguły niedefiniowalne
Ograniczone spojrzenie na świat
Kilka liczb nie zastąpi halo-tęczowego poranka
A teraz komputer liczy sobie tysiąc lat
Gińmy alfa gamma neuron
Gińmy alfa gamma neuron
Gińmy alfa gamma neuron
Wielki K unosi karzącą rękę nad naród neonazistowskich sług
I mówi wrzucę was do kwasu taka jest religia i będę mógł
Kapo w obozach narodzin oddychają tlenem skażonym cyjankiem
Kapsułki pełne kwasów drzew znikają za zębami i wnikają w tkanki

Monday, August 5, 2024

"Dziewczyna z kasetą Kyuss" (2024).

Pachnie jak w każdym polskim domu
Obudziłem się nad ranem
Ona jechała pociągiem
Włączyła kasetę Kyuss
Powiedziała: Mam ją od 30 lat.
Zaraz, przecież nie masz jeszcze 20.
Logika kurtyny zamknęła pięść
I pieśń pustyni zgasiła pociąg
Może był to zresztą autobus
Albo samolot
Gdziekolwiek można słuchać kasety Kyuss
Zdecydowanie jednak nie lokalny tramwaj
Było tam więcej ludzi
Ludzi-duchów
Czekających za kurtyną
Trochę martwych, trochę żywych, odmienionych w każdym razie
Serdeczniejszych
Pustszych
I cichszych
Ktoś z nich zadzwonił do mnie i powiedział
Wynajmij muzyków sesyjnych
Obudziłem się w przeświadczeniu, że to dobry pomysł
Pięść znów otworzyła się w kwiat
Rozjebany kwiat lotosu
I nagle pociąg stanął
Anioły uwolniły torowisko
Kyuss bębniło, a ona założyła skarpetki
Nie zdałem sobie wcześniej sprawy
Że żadne z nas tutaj nie miało butów
I w zasadzie chyba byliśmy nadzy
Ale nie miewam erotycznych snów
Chyba, że o kosmitkach
Zapomniany singiel z Barbarellą i Pin-Up Club
Zachęcająco migał w oknie
Obudziłem się
Ze snu w sen, jak pisał Poe
Z wiersza w wiersz
Z grafomanii w ciszę
Ostatni przystanek do ciszy
Wyłącz tą cholerną kasetę

Thursday, August 1, 2024

“Bo my, artyści, mamy kicia wyjebane” (2015)

***

Ktoś powiedział mi parę żyć temu
„twoje wiersze są o niczym”
a o czym miałyby być?
co tak szczególnego się dzieje?
kto tak szczególny się rodzi?
jaki temat nie schodzi
z bladego ekranu gazet i TV?
jeżeli dla kogoś „o niczym”
oznacza już „puls istnienia”, to dziękuję za komplement.

***

Z drugiej strony, pozdrawiają serdecznie
ocalone dłonie koneserów
rzucone wcześniej w bop
i czarno-białe filmy, teraz zapuszczają brody
i święcą się na proroków
beatu
świętych kanonicznych
aptek
tak, to modne w tym sezonie – polecają się
żurnale i ulotki zostawiane
pod drzwiami, wsuwane pod próg religijne uniesienia, dostarczane cyfrowo flesze
z drugiej strony, tak, z drugiej strony, pozdrawiają serdecznie odmłodzone monstra, przyklejone do warg gąbczaste kreatury, apostołowie bezrobotnych
pokoleń
kto zje z nami?
przepraszamy,
to nie nasza stylizacja
a, i Jezus opuścił budynek.

***

Z Krakowian czyta tylko
Sztaudyngera?
Trafiło ci się, kicia,
na frajera!

***

Izolować
Inwigilować
Wprowadzać
Wyprowadzać
Z biegiem lat nauczycie się tego i paru innych, najpotrzebniejszych rzeczy.
Siedząca praca to straszna męczarnia w upalne dni.
Figura wojskowa podtrzymuje niebiosa.
Ekspert stwierdza – dobry rocznik, zaprawdę smakowite.
Musisz go poznać, by nie zginąć w tej branży.
Biurokracja obrzezania.
Kandytat na snajpera otwiera okno z hukiem – oj,źle – niedobrze, niedobrze…
Ludzie są wyznacznikiem regionu, pamiętaj:
Inwigilować.
Myśl jest jak mleko dolane do kawy. A ty jesteś kawą.
Nie poznasz się na ulicy, łuczniku.
Brukowce nic ci nie powiedzą:
„obywatel K. został zamordowany wczoraj wieczorem w wyjątkowo brutalny sposób. Otóż sprawcy…”
„pani E. urodziła szóste dziecko i ma się dobrze…”
Spaliłeś zdjęcia?
Daj mi popioły, natychmiast – białą kliszę i coś do popicia.
Spóźniłem się na tramwaj

***

Jest druga
wypaliłem już wszystkie skręty
ślad nie został po koktajlowym zespole
w głośnikach wciąż pada deszcz
i kojot drży na wietrze
zupełnie jak w japońskiej
powieści
jemy winogrona, tańczymy w piasku
piszemy papierowe listy
i nic nie jest japońskie
winyl trzeszczy, to prawie jak
kominek
i wino się nigdy nie kończy
zaśpiewamy jeszcze kilka niemieckich piosenek
zadzwonię do wydawcy
zerżnę cię dwa razy
zapalę papierosa
a potem pójdziemy na tacos

*** (Peace go with you, Gil Scott-Heron)

Spóźniłem się na pociąg – towarowy odjeżdżał o drugiej – zabrał mnie na peryferie stert gołębi – zimnych, stalowych, spadały z nieba – obce gramatyki wlewały się uchem ścian i kaloryferów – nasłuchując oznak życia wśród resztek kłamstw i rezolucji, oddechu getta wśród klinicznie mankamentnych obietnic
białasa na księżycu, pluskiew w Białym Domu, tajemnych języków arabskiej muzyki
z pokoju obok.

Nowy biały poeta, poprawił płaszcz, przeszedł się nową czarną ulicą, i buty stały się białe, wódka czerstwa, chleb jutrzejszy – szron etykiety i kleru.
W twarzy zobaczył zero, a w lustrze swoje marne kochanki, których nawet wspomnienie sprowadza Deszcz.
Postawił kropkę znów nietamgdzietrzeba, odwodnił wątrobę i przespał się z popielniczką na łóżku wodnym Diany.
Nowy Czarny Poeta milczał dość długo.
Mam nadzieję, że mi uda się pomilczeć
nieco dłużej.

Z góry dziękuję,
Adam Jan Kaufmann

Wednesday, July 31, 2024

Przewaga undergroundu nad szołbiznesem.

Szołbiznes, jak powiedział ktoś kiedyś, to domena złych ludzi. Są oczywiście wyjątki. Jeszcze gorsi ludzie.

Kiedy obserwuję poziom polskiego dziennikarstwa muzycznego, tematykę artykułów (nowa fryzura pana X, nowe bikini panny Y), i ogólną pustotę umysłową, zastanawiam się, czy jest ona narzucana społeczeństwu, czy społeczeństwo faktycznie (i bardzo niestety) chce takich idoli i takich informacji?

A mogło być inaczej. Hipisi trochę spieprzyli sprawę.

Kiedyś artyści undergroundowi typu Hawkwind czy Amon Duul II mieli umowy z dużymi, dobrymi wytwórniami, i byli godziwie wynagradzani za swoją pracę (Liberty, United Artists). Tantiemy, koncerty (dobrze płatne) w dobrych salach etc...

Co się stało? Nie wiem, ale umowy pokończyły się i pojawiły się nowe - nie wnikam, nie moja praca, nie moje pieniądze.

Boli jednak obserwacja tego, co stało się z polskim undergroundem, abstrahując już od brytyjskich i niemieckich wzorców.

Bo, moi drodzy, tutaj już nie ma nic.

Albo siermiężny punk, albo siarczysty metal, albo akademickie pierdzenie w żarówko-syntezator, albo hobbyiści tacy jak ja (z tym, że ja akurat miałem szczęście wydać kilka winyli, CD, i kaset).

Wszystko to dla max 100 osób, płatne zwykle 300PLN, że aż człowiekowi nie chce się gitary pakować i robić z siebie bałwana.

Po co? Bo ja na przykład wierzę w underground, z niego wyrosłem, jako 15-letni szczeniak zaczytywałem się w Aural Innovations, i wreszcie w 2014 i ten kultowy magazyn zrobił ze mną wywiad i napisał recenzje moich płyt. Warto.

Po co? Bo tu nie chodzi o fryzury, bikini, i Eurowizję (choć raz na Eurowizji był Telex - szacun!).
Chodzi o sztukę. Obrazy, wiersze, ludzi, wywiady, spotkania, kawy, papierosy, zaplecza, kluby... to wszystko jeszcze ma urok.

Po co? Bo szołbiznes jest dla marionetek. Jedna przychodzi na sezon, góra dwa, potem wskakuje inna, a za sznurki pociąga ten sam producent, który pewnie za chuja nie wie, kto to Maurizio Bianchi, i może nawet lepiej bo jeszcze zrobiłby modny "beat" oparty o obrazki z Auschwitz, i wszystko byłoby mu jedno.

1998 rok to bardzo dawno temu, wtedy miałem 13 lat i swoich idoli. Teraz jestem starszy od większości z nich (bo np. Kurt Cobain jest martwy od 1994). Co pozostało? Przede wszystkim moje wiersze, teksty, kompozycje, improwizacje, setki godzin nagrań i satysfakcja, której, jak Rolling Stonesi, wciąż nie mogę znaleźć. Kiedy znajdę, pewnie zamknę kram pt. sztuka i będę sprzedawał haszysz na Atlantydzie.

Póki co sprzedaję płyty winylowe w Poznaniu - Mieście Doznań. Bawię się dobrze. Czasem coś nagram, ale naprawdę, jeśli nie dostanę zaproszenia do studia nagrań, 3 płyty które aktualnie finalizuję będą ostatnimi. Bo już nie warto. Swoje zrobiłem. Andele.

Friday, July 19, 2024

Andrzej Mikołajczak, Wojciech Korda, Czesław Niemen... i inni.

Andrzeja Mikołajczaka poznałem w 2010 roku, kiedy zaczynałem pracę nad moim debiutanckim albumem, "Second Hand Man" (Winyl/CD, 2011).

Andrzej pokazał mi jako pierwszy możliwości profesjonalnego studia nagrań. Choć z usług takowego skorzystałem właśnie tylko wtedy, i przy okazji nagrań z KakofoNIKT w 2017 roku.

Wolę domowe otoczenie.

Ale nie o studiach nagrań tutaj, a trochę o domowym nagrywaniu muzyki jeszcze będzie.

Jako nastolatek czytałem książkę Azerrada o Kurcie Cobainie i z niej dowiedziałem się o jego fascynacji The Beatles. Amerykanin urodzony kiedy wyszedł Sgt. Pepper zafascynowany dość nudnymi brytyjczykami. Ciekawa historia.

Każdy jednak jest w kogoś wpatrzony. Można powiedzieć, że na własną rękę wpatrzony byłem właśnie w Cobaina (urodziłem się 4 lata przed wydaniem "Bleach").

Wcześniej jednak, o wiele wcześniej, moja kochana mama puszczała mi z winyla płyty Czesława Niemena. Pamiętam, że jako dziecku szczególnie podobało mi się "Enigmatic".

Dzięki Andrzejowi poznałem Wojtka Kordę, który śpiewał w Niebiesko-Czarnych, tam gdzie zaczynał też nasz, potocznie zwany, "Czesiu".

Wojtek Korda okazał się nie tylko prawdziwą legendą rock'n'rolla, ale też niezwykle przyziemnym i sympatycznym człowiekiem, który jako pierwszy grał Hendrixa za Żelazną Kurtyną. Przekazał mi sporo wiedzy na temat magicznych lat 60-tych, porównał też mój songwriting do Zappy, Dylana, i Donovana, czym bardzo ułatwił mi "start w branży" - start o tyle zabawny, że nie w smak mi było gwiazdorzenie, i uciekłem w 2 lata po wydaniu debiutu do sypialni, by nagrywać tam co chcę, kiedy chcę, i w przysłowiowej dupie mieć recenzentów.

Albo to, albo Wojtek przeceniał mój talent. Ale w końcu taka legenda wie co mówi, a 4 lata później moją grę na gitarze skomplementował Chris Karrer i John Weinzierl.

Coś w tym więc musiało być, ale to już mam do siebie, że wszystkie moje płyty przepadają. Może dlatego, że mam niewielu (żywych) przyjaciół...

W każdym razie, do Czesia wracając, i Andrzej i Wojtek opowiadali mi o Niemenie. Stworzył się z tego portret człowieka, którego jako szczere dziecko odebrałem z płyty "Enigmatic", "Dziwny Jest Ten Świat" i "Sukces". Innymi słowy, Czesiu mnie nie zawiódł - często osoby, w które jesteśmy wpatrzeni, przy bliższym poznaniu okazują się dupkami. Z Czesiem na pewno by tak nie było. Równy gość, i ogromny talent. Nie miałem okazji go poznać, byłem za młody i za głupi.

Niech mu będzie dobrze, gdziekolwiek teraz "odkrywa nowe galaktyki".

Trudno kontynuować tradycję "gwiazd rocka" - ale, powiem szczerze, ani Andrzeja, ani Wojtka, nie odebrałem jako "gwiazd". Normalni goście z poczuciem humoru i miłością do sztuki.
Co tu więc kontynuować? No tak, dla kasy, to można wyolbrzymić i wyśmiać rock'n'roll (punk, gotyk), albo mu zaprzeczyć (avant rock, noise) - ale to i tak będzie "rock". Pokazać dupę (było), wypróżnić się na scenie (było), zrobić z siebie medialnego clowna (było)... A nie dla kasy?

Nie dla kasy, to mogę sobie na telefon nagrać "Płonącą Stodołę", jak Cobain "And I Love Her" i dbać o kontynuację ducha. Oczywiście Cobain nagrał na kasetę, ale ja nagrywanie na kasety też już mam za sobą. Łatwiej włączyć dyktafon. Nie słuchajcie mojej ogniskowo-punkowej wersji, jeśli Niemen jest waszym bogiem i niedoścignionym idolem - tu nie chodzi o "x factor" wokalu, pojedynki, wykony, Michała Szpaka, i inne gówna. Tu chodzi o ducha. Może kiedyś nagram "Stodołę" porządnie, kto wie, marzy mi się aranż na Mooga i orkiestrę. Ale najpierw czekam na 100.000PLN i zaproszenie do studia. Mam masę własnych piosenek i sporo wydanych płyt. Tych możecie słuchać spokojnie. Tylko po co, nie? Lepsza Sanah. Andele.


Wednesday, June 12, 2024

"Kosmiczny Piasek" - 12 polskich wierszy, 2011.

Karawan

Spod peruki przepastnej rzucał spojrzenia irracjonalne
na miasto w dole stłamszone, odrealnione i wielce niepokorne,
które wciąż zdawało się drwić z niebytu i przebierać się w świtowe pragnienia
kim był on i dokąd zmierzał
na nutach harmonijki rzucony w staw podmiejski
zasilany potokiem inkubacyjnych biurowców
odbijających się w podupadłych mydlanych oknach kamienic
których nikt nie chciał remontować
i ludzi, którzy nigdy remontu nie potrzebowali
gdyż wygodnie osiadli na pierzastych poduchach, spoglądali z tych okien i balkonów
prosto w otchłań codzienności
zachwyceni widokiem, zakręceni przestrzenią
i oddaleni niebem

Spod kamienia przydrożnego obserwował ruch okrężny
zdarzeń, systemów i koalicji, erotycznych anemików zasiedlających
supermarkety, toczących bój o plastikowe dłonie aseksualnych ekspedientek,
które doktor wysłał na terapię dla urojonych matek
aby wreszcie zapomniały o psach tłoczących tramwaje każdego wieczora
ingerujących w rzeczywistość agentach deszczu
on w rynnę rzucił harmonijkę i spytał „kim był on?”
ten, który jeszcze dziś rano
marzył, drwił i planował
ten, który pół-młodo umarł zatopiony w galarecie
ekskluzywnego klubu estetów
i polał się sosem
psychedelicznych grzybów

Spod amerykańskiej bandany przyglądał się inkasentom, bawidamkom,
jednodniowym milionerom, nieodkrytym kapelom, weselom, pogrzebom
i szpitalnej ciszy porodu, śmierci, rezurekcji
wybierał się na wystawy, na które nigdy nikt nie dotarł
kim był on – zapytały gazety dziś rano obwieszczając światu
koniec wojny i pokojowe czuwanie na wietrze
jego tam nie było – podpatrywał jazzmańskie palce pogrążone w obłędzie
kawiarnianych pogaduszek o walcach, francuskiej bohemie i modzie
akompaniujące codzienności Starego Rynku
gdzie oprócz turystycznych zbłąkańców
toczy się dymem i sadzą
życie pozostawionych starości
pół-młodych umieraczy
którym nie da nikt szansy
choćby jednego spojrzenia wstecz
nie wspominając o szansie
opowiedzenia swojej historii
zanim złoty śnieg zniweczy wszystko
i zbyt szybko przyjedzie karawan

Pulsar

Wędrowiec zebrał kamienie, odważył swoją dawkę i uwiesił ją u płatków uszu
lotos inhalował, wpatrzony w kredens wiekowego pokoju
malował innymi oczami ślad swoich palców na spowolniałym czajniku
wstawał i zaparzał herbatę za herbatą
dzień za dniem wypatrywał niepokojących objawów
zwiastujących chorobę bopu
w przetrzebionym strzykawką lustrze szukał potworów
które wcześniej spuścił ze smyczy
bezmyślnie, karnie pobiegły
za śladem stóp swych wczorajszych
a kończyny drzew bezcieleśnie zawisły na słońcu
czajnik wariował
domagając się haustu krwi wojownika, który tak bezczelnie
spoglądał spod gór wierzchołków
wyżej niż sięgał odór
zdrewniałych infantylnych dłoni
kochanków zauważonych idyllicznie, splecionych w bombowy wystrzał
ku świtowi – ku szalonym mnichom
i taki właśnie orgazm
pokrył słońce chromem
i okrył drzewa niesmakiem

Nikt nie przewidział skali i nie mógł oddać na płótnie choćby kroku jednego
wędrowca, który teraz rozsiedziawszy się wygodnie na sofie
pochłaniał muzykę rozpisaną na lata
przyjemności, a cała przeszłość przestała istnieć, w chwili, w której
zaczęliśmy prowadzić pamiętniki
aby zapisywać w nich wiersze tak durne, jak ten
i szkicować coraz to bardziej
łysiejące czaszki
opatulonych damskimi szalami podżegaczy rytmu

Sądzę, że siedziałem z nimi w jednej loży i piłem wódkę z diabłem
kiedy moja tancerka zmieniała partnerów, oni łypali na mnie niezdrowo
w myślach chichocząc, kiedy kaszlałem w przerwach
między kolejnymi Marlboro
być może wy dopadniecie mnie szybciej, ale jeśli utrzymam normę
spalania, przewiduję że nie będzie mnie z wami
za jakiś rok, i wtedy ja pochichoczę znad chmur, a wy przyznacie:
znaliście wędrowca, któremu obcy był ludzki język

Wędrowiec ten nadawał nieśmiertelnym pirackim radiem
same drętwe piosenki, komentarze do sztywnego życia
i kaszel, fusy, rozterki
patrzył znad talii kart
na swój prywatny, nieokreślony
i myślą ludzką niezdobyty
pulsar wiśniowy z delikatną nutą zmierzchu

Naocznie

Czuję czarne dziury – są tuż pod moimi powiekami
blisko, płaczą zasysając tereny zabudowane, flirtują z konsensusem gwiazd
pól, lasów – dzierżą berło iluzjonistów
i wadliwie wzdychają
do wiodących prym kwazarów, brązowych karłów, itd.
które nęcone nieubłagalnym poznaniem radośnie
jednogłośnie wtańcowują się w kres
samotne i spalone motyle
niesione drutem kosmosu
inteligentne formy życia – kochankowie i sędziowie
własnych horrendalnych życzeń

W międzyczasie oddech galaktyk milknie, rozlewa się mleko horyzontu
a wszystkie granice, zredefiniowane, pędzą ku sobie
z przeciwległych półkul karmy
spotykają się na podmiejskich ekranach TV
gdzie wciąż jeszcze trwa transmisja na żywo
z wczorajszego końca świata

Dla spóźnialskich nie ma usprawiedliwienia
nikt inny nie zapełni książek, bibliotek, korali wieczora
nie nawlecze na nowo na słupy telegraficzne
i nie nada wiadomości w czas
a ich czas będzie tylko łzą czarnej dziury, jednej z miliarda
gnieżdżących się pod moją lewą powieką

Pod prawą jest ich więcej
tam, horyzont zdarzeń, jest szprychą w kole mojego Mustanga
którego powinienem był sprzedać klaunom
pordzewiałych szmatławców
kiedy w zamian oferowali Drogę Mleczną
czułem jednak wtedy, że to mało
minę kolejne miasto i opanuję autostrady
zanim kurz zastąpi mi oczy
wypłoszy czarne dziury
uległym życiem na Ziemi

Przezornie zaopatrzyłem się w motykę
sporą ilość benzyny, gaz do zapalniczki i płótna
na których namaluję płoty i inne bezczelnie wątłe granice
wyznaczone przez ludzi, dla których moje oczy
są krajobrazem danych
a powstałe obrazy przeciwstawię pod-powiekowej ferii
majestatycznej nieposkromionej siły, którą naocznie
doświadczam na co dzień
pod postacią słonecznych cyrkli
wyznaczających granice prawdziwe – te, których
większość z nas nie zobaczy

Przewodnik Aniołów

Wkłułem się w ulicę, sprawnie, papilarnie, nieodwołalnie
najstarszą, sprawdzoną szprycą
przekreśliłem przyszłość, której idea nie bardzo mnie rajcuje
podrapałem się po udzie i znalazłem tam wrzód
przypominający cmentarne pomniki, pożółkłe i wątłe
papierowe kwiaty
które tyle lat zbierałem dla monarchów tego świata
jako dowód wdzięczności
za czas

Zimne białe gwiazdy, heroina, rozlały się po płótnie zdarzeń
wybierając krzykliwe, fluorescencyjne kolory, jarzeniówki
rozbłysły fleszem pistoletów, a bezimienne fraki
rozpadły się jak bile
rozległ się grzmot
rozkraczony samochód zaprotestował
i nade mną rozwarły się dłonie
przewodnika aniołów
ilustrowanej encyklopedii pomyłek

Spytał, jakie noszę marynarki i czy są dobrze skrojone
jak chleb, odpowiedziałem, i przywierają do ciała
jak rdza
kiedy jesteś cały z metalu
jak brzytwa przy goleniu
i makijaż do trupa
roześmiałem się, i w mojej czaszce, niespodziewanie
rozkwitnął nagły foliowy las
pełen nadludzkich orientalnych ptaków
zebranych w tomiki poezji
przez skrupulatnych japońskich kronikarzy
kroplami deszczu
pisali po suficie pagody
było to piękne, i życie wypełniło mój wszechświat
na krótki oddech, na samoistny zapłon budowniczego

Przewodnik aniołów charknął
odkrztuszał flegmę inercji
pluł na autostradę, i nie wydobywał z siebie żadnych
ludzkich dźwięków
stracił nieziemski wątek, kiedy odwróciłem głowę, żeby dostrzec
purpurowe mgławice stratosfery
rozgonione jak stada flamingów
przez lodowy asteroid poranka
który właśnie minął księżyc, i, jak się zdawało
próbował wrzasnąć przez atmosferę:
Oto wasz nowy przewodnik!

Pakunek

Arktyczne wiatry zamiotły moje ciało pod lodową piramidę
obsypały je złotem, a czoło ozdobiły diamentami – pokryły też ściany
pismem pierwszych siejb – zawarte tam wiersze sterowały żaglami duszy
wyżej pod kopułę, z prądem spraw bieżących, nie cierpiących zwłoki
ironicznie wbijały się w słońce
wiecznym pazurem podróży

Zapięły mnie pod szyję i błękitny szal zakotwiczyły u stóp
tworząc zgrabny pakunek dorzeczności – doczesny armament łaski
 który teraz gotów do podróży gwiezdnych spoczywał na platformie
półprawdy, fałszywych doniesień z przestrzeni
i czekał na sygnał do lotu, sprężony jak łuk herosa
wygięty w bumerang-zabawkę
odarty z duchowych błazeństw, skompilowany, cichy
gotowy do startu i lekki

Rozpoczęło się odliczanie – i sterta cielesna ostatni raz drgnęła
trawiona oddechem silników – zgrabnych łupin papieru
skrywających orzech zapomnienia
przegryziony tuż przed śmiercią
zgrabiony, w fanfarach niesiony – chyżo w pustki nocy
komunał przeciętnego człowieka
wgapionego w czerstwą skibkę

Wszyscy gryźć musimy – szukając w talerzu flesza
wentylacji – wszędzie przestworza, powietrza
na których moglibyśmy dryfować nieustannie młodsi i ciężsi
zapchani jak gołębie chlebem – zrzucając swój pakunek
na urodzajną ziemię świtu
coraz większy, obszerniejszy bagaż
zbierając, trwoniąc, odnajdując
chcemy, by więcej nas było – wszędzie tam, gdzie stawiamy
niepewne idiotyczne kroki – wydeptując martwe, odchwaszczone
ścieżki

Mój pakunek nie waży – orbituje już wokół większych,
gorętszych słońc – gdzie wybrał się wraz z lodowcem
pod którym ugrzęzłem na chwilę – kawałek historii człowieka
umknął moim oczom:
we fragmencie soczewki rzuciłem
cień na ciche wzgórza, gdzie samotny, strudzony wędrowiec
odebrał swoje tablice

Wystartowałem
z orzechem wiedzy na piersi – z diamentem i pyłem gwiazd
moje ciało zrzuciło swój ciężar
tylko tam, gdzie z nasienia takiego
inna cielesność skorzysta

Kosmiczny Piasek

Przebieram się za piasek – pozwalam się przesiać – odciąć
martwe tkanki pijaństwa, pozwalam się zgubić – odnajdą mnie
morskie fale
pozwalam wznieść z siebie domy
wiem, że runą nad ranem
jak się odwdzięczę za tak trafnie dobrany uniform
jeśli przyjdzie mi walczyć, opłuczę się i znajdę
najcięższe, nieoszlifowane kamienie
takie, których czas nie ruszył – i morze wystawi je do bitwy
popłyną rzeki, jeziora, lodowce
i wtedy dopiero powiem: narodziłem się

Nie rośnie na mnie nic – rzadkie źdźbła penetrują
ogrom mojej połaci, to wszystko, czego jeszcze
nie pomierzył żaden gatunek, nie odkryło żadne oko
rozlegam się wszędzie, jestem dźwiękiem i dotykiem
można mnie poczuć, westchnąć, użyć
skonstruować orbitalne miasta
wycelować statki w księżyc
zapisujcie we mnie czas, odmierzam go najcelniej
jak się odpłacę tak wiernym pupilom
za wszystko, co ze mnie zrobili

Pozwoliłem korzystać z mojego imienia, pozwoliłem kalać się
radioaktywnie, dopuściłem się do głosu
i włożyłem swoje słowa
w usta wypacykowanych prominentów
grzebano we mnie ciała, odchody i tworzywa
surowce i materie przenikały mnie na wskroś
substancje wżerami wpinały się w rozum
mózg roztoczył się plażą
budował zatoki, cofał się i pchał

Lecz wiatr przestał wiać – przestały też rosnąć chwasty
ostatnie kwiaty planety, a bezduszne maszyny
pompowały się ludzkością, ideą człowieczeństwa,
nauczone przez panów jak być panami
tłoczyły krew i nie kazały czekać zbyt długo
na przejęcie władzy absolutnej

We rdzy i trupim szlamie pracowały karnie na konto
biologicznych przeżytków z betonu
które przestały nadzorować budowę
kolejnego domu na plaży
nie ma już komu się cieszyć
nie ma powodów do wzruszeń
przebieram się więc za piasek
i karnie zasypuję wskazany palcem otwór

Klosz-Art

Rozbawił podmiejskie kruki tylko po to, by je zwabić
ich pióra owinąć wokół palców
i zmusić do śpiewu katarynkowych melodii wprost w nozdrza błękitu
stał upodlony głaszcząc nieme skrzydła
wyobrażał sobie krtanie nienarodzonych piskląt
wyzute z pragnienia śpiewu
nagie i blade jak on, nieopierzone nadmiary

Poprawił wczorajszy krawat i poczuł pod palcami
grudki czerwonej materii – serc ptaków, które wciąż jeszcze biły
w nieopisanym ludzkim głosem świetle
między sylabami i gdzieś na ćwierćdźwięku
zawieszały swoje namioty

Westchnął, sapnął i zaklął, rzucony między puszki marynat rybnych
i swąd skalonych gazet, wypchniętych w margines bruku
wdeptanych w jedność z kruczym łajnem
sto razy spisanych historii
ciągów logicznych
materii martwych i kielichów pozorantów
wychylanych na raz w zatęchłych tawernach, tramwajach
w dół doków, tam gdzie cumuje
bezbarwny władca kształtów
przyjmując formę żaglowca, białego w ciszy poranka
przenośni filigranowej
i żartem wypełnionej
markotnej makowej panienki
wciągniętej w miejski odkurzacz

Stuknął palcami w parapet i czekał na swoją kolej
w przedsionku dziwek i klakierów
tych, co udają aktorów, i tych, co grają pieszych
rzucił „czerwone światło” w ciąg korytarzy
lecz nie strawił odpowiedzi, podobnie jak ptaki
nigdy nie przyswoją błędu porażki

Co właściwie jest błędem, w swoim postępowaniu
nie znajduję śladów pragnienia, co wyzwala moje serce
z kołowrotków alchemii, a ciało wysyła do kostnicy
w chwilę po urodzinach – nie znajduję też śladów miłości
co czyni mnie wodoszczelnym, a właśnie nadchodzi burza
nie mam schronienia, a moje życie zwą sztuką – tam, gdzie
wciąż uchodzę za profana

Nikogo też nie przeproszę za macki poznania
przebijające moją czaszkę, oplatające miasto
jestem prostym, zbutwiałym kloszardem
i jeśli ktoś postanowi mnie opisać – przybiję mu piątkę

Bosowolny

Free-jazzowym palcem drwię i przenicowuję ostrze
fal, burzę ciasnogłowe falochrony
upadlam, przebarwiam, rozkruszam skały oceanu
wartkim potokiem iluminuję miasto
każdą kamienicę z osobna
każdy okrutny blok
pijackim korkiem zatykam odwłok świtu
pod moimi włosami rozlega się krzyk
galaktyk, rzuconych nagle o ścianę
rozgrzanych bydląt filantropii
pewnych siebie świetlnych
świętych cieląt
i w kwietniowe popołudnie splatam się w jedno z różami
bezmyślnie roztrwonionymi
na wszystkie kaprysy
wewnętrznej kobiety
którą powinny zadowolić dwudziestowieczne chansons
niedbale wyrzucane spod kapelusza
na śmierdzącej trupem scenie
do wtóru syrenich drgawek
peryferyjnych kloszardów
bujających się w rytm country-western
na bujanych fotelach tramwajów, krawężników, autobusów
w papierowych torbach niosących zmierzch
bogów, papilarne perfumidło zgrzytliwych gitar
dobiegających pół-tłumnie z apartamentu poniżej

Przez hałas wciąż słyszę kawiarenkę na parterze
i kiedy tak temperuję ocean
wbijając weń ołówki roztrzepliwości
niecierpliwości
i tanie chwyty słonecznikowej magii
uświadamiam sobie w brudzie
zaszczanego kaloryfera
w falstartach jutrzejszych gazet
że warto było przyjść tutaj, usłyszeć okna
i zwabić, okiełznać chmury – być smoczym jeźdźcem
na ich wiernych barkach, trefnisiem zagrać
tuż przed burzą – a krople potężne zbierają się
na parapecie, przenikają rdzę i rozpada się mur
kartonowe scenowisko patałachów – słowobojnych
adiutantów diabła-drag-queen
a ich wielkie wieszcze umysły uwierają mnie w skarpetę

Wkrótce wytrząsnę resztki tego tynku
kamyszków, bazyliszków, jednomyślnych flagowych
głupców – i odejdę boso wolny
prosto w wilgotny, trzepotliwy blask jutra

Różowy Świt

Różowy świt roziskrzył główkę zapałki
oplótł liany latawców wzdłuż akweduktu chmur
rozprysnął krople światów na nieme frachtowce dnia
rozbłysnął ruch, papierosowe światełka w jednej chwili
rozproszyły zmierzch, miliony ludzi symultanicznie
strzeliło zapalniczką, rozbrzmiały pieśni rosyjskich bardów
kociołki, gitary, pałeczki, jadłem ryż na chwilę przedtem
jedyny posiłek dnia w ubogich czasach piosenki
wszyscy byli mali, lecz spełnieni, skromni, lecz wypełnieni
pobrzaskiem dalekiej zorzy – pocałunku stref bezgwiezdnych
pasów mleka rozlanych na udzie palaczki
pogrążonej w naiwnym zjednoczeniu
z resztą przebudzonej populacji, ona jedna zachowała seksapil
aktorek niemej epoki, i o jej udo ocierał się pysk
zgarbionej, sczerniałej bestii, która nie potrząsa już
mrocznym tamburynem, rytm przejęli nasi, obdarci brodacze
niepochlebnej masom religii, czekają tylko aż autor
zadmie w róg, a wyjdą z cmentarzy odziani w aksamit
nowych porannych płócien, z przepaskami przysłów
na biodrach, zapętleni w swej prywatnej odysei
wszyscy są głodni i cisi, lecz z całą pewnością nie martwi
serca biją, a z gardeł dobywa się śpiew, radosny
okrzyk swobody, słowa pomijanego
w spisanych za życia kronikach, z obawy przed
wewnętrznym cenzorem, kanonem rytmu
lecz teraz wszyscy ci ludzie, armaty absolutu
wpatrują się w krematorium wyobrażeń
smutne, pod nimi, jedyne miejsce, o które nie otarło się słońce,
wspomniana wyżej bestia, tam szaleni naprawdę
zajęli adekwatne miejsca, a miliony ludzi westchnęły
z panoramiczną ulgą, gdy odwróciły się role
palaczka parsknęła śmiechem, poprawiła włosy
i zajrzała w głąb sypialni, gdzie półgłosem objawiony mesjasz
grał na gitarze, i szczerze mówiąc nawet ona, upragniony
anioł mas, nie zdołała oderwać jego wzroku
od śpiewnika eonów rozłożonego na tygrysiej skórze
u stóp młodego grajka, w tle rozbrzmiewały orkiestry
i dzikie plemienne bębny, cieszyły się Indie, płakał
Pacyfik, lecz nikt nie słyszał nut
nuconych przez wybrańca: wszystko, co śpiewa
i tak je powtarzało – powtarzał to księżyc wpatrzony
w swego kochanka, i on, wpatrzony w swoją kobietę
wzruszyła ramionami i poszła zrobić makijaż
lampa oliwna wciąż się paliła, lecz wszędzie tłoczyło się słońce,
dziecko jasnego różowego świtu
pogańska nić wszechświatów
u progu stały anioły
zebrane ze wszystkich żyć

Receptura Kulistego Lunatyka

Przy międzygwiezdnym wodopoju leżę w wielbłądziej czaszy
wyczuwam kość pod nosem, widzę garby nad sobą,
słyszę kopyta piasku, krepowe urny, lustrzane słoje
ogary skaczą w fontannę, pociągając za sobą łowców
ogiery wpadają do studni
w nagłym wyzwoleniu
wnikliwej uciechy, spotka je śmierć
pochylona stała koniunkcji
a ja napiję się wody, gdybając o losie zmarłych
dryfujących na gazowych obłokach ciał
wysuszonych owoców

Trawią mnie soki pustyni i błędne szlaki oazy – metamorfozy
pierwszych księżycowych plemion, wpadam w krokodylą paszczę
gładzi mnie dziki kocur, i wtedy myślę o niej – pierwszej kropli
winoroślnej, ciężkiej draperii pomarańczo-wonnych włosów
uczepionej mojego ramienia – ciężkiej stali wojownika
chełpliwej i skorej do walki
towarzyszki magii, szepczącej do ucha pieśni
o rychłym końcu wojny

Polunatykowałbym dzisiaj, zmieniając temat, i udał się podświadomie
na wieżę bezokienną, zamknął się w ciasnej celi, zabazgrał ściany
potem, starym mnisim zwyczajem lub wyskoczył z najwyższego balkonu
zawieszając słup w powietrzu, pal mojej krwi i miodu
wokół niego obracałoby się niebo
a ostatnie mgnienie życia
rozprysło by się w dole
zatomizowało powietrze – może ktoś odnalazłby mnicha
i odczytał szalone wersety
zachęcony widowiskiem gapiu
oazo nad sobą samym

Zachęcam do wejścia w wielbłądzie szczątki
stawiania dysfunkcyjnych kroków
ponad powszednią linią
grubą kreską zakazów
i jak najczęstszego spadania z własnych horrendalnych wieżyc:
tylko w ten sposób
znajdziemy pasożyt, wyżeracz naszych sumień
dławiący czaszki dziecięce, z których potem wyrasta prawo
i ciasny uniform cywilny

W każdym takim wdzianku tańczy milion klaunów – wystarczy
poluzować zdjąć jarzmo
miłość mieszka gdzie indziej, i ani lekarz, ani matematyk
nie opracuje nigdy w plazmowej pieczarze
receptury kulistego lunatyka

Damy Dyletantów

Lepkie od soków trzewiowych tory prowadziły mnie w mgłę drastyczności
spoza której prześwitywał chrobot ażurowej nocy
szedłem pijany, w dół, głębiąc i błądząc gdzie potężne maszyny czasu
drążą swoje dziury w każdym niemowlęcym czole
puknąłem się w głowę i na chwilę opamiętałem swoje żądze – chęć
poznania dłoni sterujących machinerią, chęć dotknięcia przestworzy
jednym trafionym oddechem, wreszcie w tonacji
z wiecznym chórem nieróbstwa
nic-nie-posiadaństwa, kryształowych żyrandoli
wpadających do porcelanowych filiżanek
wypełnionych kawą i moczem
w których gdzieś tam, daleko, odbijają się gwiazdy, zodiak, mgławice
i wszystko to, co spada, ostatecznie przygniecione
ciężarem swego wnętrza, odpowiedzialnością za boskie sfery
nazwane tak przez nas, wiecznie tropiących piękno, bestialstwo
urokliwi, pełni gracji, przystępni i opanowani
tak, jak chcą nas widzieć władcy

A może by tak, dla hecy, zbudować most i pociągnąć tory dalej
dalej poza mgłę, noc, kres – i zerknąć na chwilę w oczy stworzenia
które może okazać się praprzodkiem żarówki
rozbłyskującej nad poetami
skupionymi na partyjce brydża
i literatkach wypełnionych smołą
popiele pokrywającym stół
rozmyślających o swojej młodości – przepitej, przećpanej, rozlanej
i przespanej, patrzących na władców zza nieprzystępnej kotary cygaństwa
spod słomkowych kapeluszy i okularów Ray-Ban
zza garniturów w paski, piżam, szlafroków
rzucają granaty słowa
przeciwko czołgom ascezy
sami byli ascetami, poznali więc wroga i teraz chcą przepychu, splendoru
należnych honorów – pragną kobiet, które roztrwonili w notesach
pragną ich fizycznie – nic nie jest w stanie
opamiętać aptekarskich dłoni
sięgających powoli po ręce władców
aby odpić, odbić i odespać biżuterię należną damom
rozrzucić ją potem na łóżku i cały dzień przebimbać
koziołkując jak Keaton ku ich uciesze
ich, skuszonych dzwonkami srebra, przypieczętowanych wojną
wypadów w stronę domu

Czym jest nasz dom – stawaniem naprzeciw chełpliwym dyletantom
pragnącym załapać się na neoklasycyzm
łasząc się swym zbiorem poromantycznych od do prostytuujących się
pół-zarośniętych transwestytów
robiących tu za damy
damy, damy wam dyletantów

Sen o Starym Mieście

Wspinałem się stromymi, krętymi uliczkami – mijałem znajome twarze
mój kontrabas płonął, ktoś wbijał nóż między żebra
kalecząc nie mnie, a instrument – jego zmuszając do płaczu
w panice błagał o litość
grając jazzowe standardy

Przyjąłem ostrzeżenie, nie biegłem jednak – powoli podziwiałem
krajobraz – przypadkowy i nieostry
szare ściany rzucone na zakurzony obiektyw
który wmontowany w oczodoły rozświetlał poboczne
chodniki przede mną

Tak brnąłem dalej odnajdując starych przyjaciół
sprzeniewierzonych samym sobie – zdradzili wolność
z ceną nietykalności – teraz śmiali się w twarz
wczorajszym idealistom – a jeszcze niedawno tak wiele
im obiecywali, dyskutując do rana o bandach, wieszczach, kabaretach
pijąc to samo wino, rżnąc te same panny
nie stać nas było na whisky
dziwki, flagowe okręty

Barki płonęły w porcie – ogrzewały dłonie
rozświetlały dalszy plan, a w jego nimbie
wciąż wspinałem się wyżej – uliczkom nie było końca
a na każdym narożniku, czaił się dłużnik, diler,
psychopata – wszyscy
ludzie, których znałem
pod innymi imionami
wyszli zza kulis żeby przyjrzeć się odtwórcy
pierwszoplanowej roli
makabrycznego kabaretu

Co ciekawe, nie pamiętam kobiet – a jeszcze wczoraj jedna
obudziła się w mojej szatni
czytając „Wilka Stepowego”
nie wiem, jak miała na imię, a latarnie były jej domem
dlatego też wyszła wcześnie – a ja kręciłem dalej
zimną niemiecką kamerą
„Sen o Starym Mieście” – nie jestem nawet pewien,
kto powierzył mi funkcję reżysera:
z początku miałem grać i brnąć w przedsionek śmierci
być basistą-wyrzutkiem – film
dotyczył ulic, muzyki, nie mojego serca
czuję jednak, że to ono płonie za każdym razem
gdy spotykam starych przyjaciół
aby dowiedzieć się, że zostałem
już tylko ja jeden, po drugiej stronie kamery
z parcianą ścieżką dźwiękową

Tuesday, November 21, 2023

W CISZY PORANNEGO WSCHODU SŁOŃCA

Siedziałem na wydmie i paliłem jointa z uroczą panią światła u mego boku. Wszyscy chłopcy nazywali ją Porannym Wschodem Słońca i do dziś zastanawiam się dlaczego. Jej palce były pomalowane na różowo. Miała pastelowy naszyjnik wokół włosów. Świecił jak słońce we wszystkich kierunkach. Rozrzucał popiół i lód po całej dolinie niewinnego światła.

Wszyscy moi przyjaciele nazywali ją Porannym Wschodem Słońca i nadal nie mogę znaleźć powodu, ale wstała wcześnie rano, poszła na zakupy do centrum. Kupiła jakieś fajne buty i przystojne kapelusze na jej piękną głowę, która zawierała całą esencję niewinnej miłości pani jeziora, jak ją nazywali poeci jeszcze w dniu wojny.

Jako dziecko słyszałem historie o ludziach z kosmosu. Inwazja planet. Odbieranie życia niewinnym mężczyznom i kobietom. Ale kiedy statki kosmiczne pewnego dnia wylądowały na Górze Orzecha Laskowego, chaos i głupota rasy ludzkiej zmniejszone zostały do pustki niebiańskiej wiedzy i doświadczenia.

To był duży berliński dom. Właściciel trzymał pośrodku fortepian, w razie gdyby miał pomysł na piosenkę lub dwie. Powiedział, że i tak nie mają one znaczenia, ale były piękne jako podkład muzyczny dla jego kotów, gdy tańczyły długo i szczęśliwie w promienną esencję jutrzejszego prezentu, za ludzkość i wszystkie wartości, które ona reprezentuje, na zawsze.

Sunday, October 22, 2023

25 years of madness - the LP.

The news is finally here. After 25 years of artistic work I will have my debut vinyl released in Texas, USA, by the most incredible label - Herby Records.

Herby has supported various projects of mine, including the STONED GYPSY WANDERER 2 vinyl release in 2020, NEANDERTHALMEN EP "Powitanie Lucyfera" in 2021, and the CHICA NARCOTICA LP in 2022.

All of those releases are kindly credited not only to HERBY RECORDS, but also to VIA KOSMISCHE, my home studio in which most of my recordings were made across the years.

I can't believe it all started in 1998 with a simple cassette recorder, shaky teenage voice, and a classical guitar.

“Kaufmann is a folk troubadour, minstrel and a harbinger of new sounds and thought. There is a theme that runs through this body of work, a method to his madness. All of these songs are a journey. So take the trip and give a listen. Nobody knows it but AJ Kaufmann is a national treasure of Poland.”

by David Bixby, Harbinger Magazine

To those in-the-know, Mr. Dave Bixby is certainly a Hero. So, to be called a national treasure by him is the greatest honor I can imagine. 

I always worked hard, and never stopped making music, noise, writing poetry, composing, improvising, writing song lyrics, even against the hardest currents of Life.
I worked alone for 4 years, then in 2002 I started working with Mateusz Nowicki, 10 years later (2012) with Kacper Wojaczek, and another 10 years later (2022) with Leszek Garstka.

I never enjoyed big ensembles, groups, the noise around rock'n'roll. Although I've always been a fan of Hawkwind, Amon Duul, Gong, Magma, Nektar... the list goes on.

In 2015 I met the mighty Amon Duul II in London. It was a life-changing experience, and I will be eternally grateful to Renate Knaup who invited me backstage after the London gig. I met everyone, talked to everyone, got to know what makes music important, and understood why some things grow fast, and sick, and some things grow slow, and strong and healthy...

SO FINALLY, after 25 years that most of my friends think I spent smoking ganja and drinking beer, not working hard in my home studio, my debut vinyl as ADAM MAJDECKI-JANICKI (self-titled, too) is coming to HERBY RECORDS December 9th. Right now you can buy the super limited 7" single ANITA PALLENBERG / HOTTHOUSE FOR ORCHIDS.

Anita Pallenberg | Adam Majdecki-Janicki | Herby Records (bandcamp.com)

Words & Music by A.J. Kaufmann
Art & Design by Justin Jackley

Herby Records & Via Kosmische 2023

Limited Edition Lathe Cut Records Available on 7" Clear Plastic Squares - Cut by Psych9 Records Guatemala/Canada

7" Record Jackets handmade by Justin Jackley using Linoleum Printmaking Techniques

Only 13 copies exist!

The album will be limited to 25 copies. Mark your calendars, December 9th 2023. 25 years of madness.

Sunday, January 1, 2023

"Kapelusz Buntownika" - polskie wiersze, 2009/2010.

Spokój

Cenię spokój… wypluwam kawałki zębów
resztki połamanego winylu
rozprawiam się z bestią
na kuchennym krześle
stroję banjo i uśmiecham się do zdjęcia
Amerykańskiej Poetki
robię kawę – śmierdzi benzyną, miasto
wtłacza się w żyły, pompka-pająk
rozbłyska zimnym elektrycznym światłem
kładąc cień na twarzy za oknem
gigantyczne oko zbiera dowody
szaleństwa – przeszukuje kartoteki
oddziały zamknięte
sterty pożółkłych notatników
cenię spokój… liczę kropli krwi
na meblościance

Emerytowany kurz

Nieznane flotylle wśród czarnej pszenicy
szerokoskrzydłe cygarniczki uśmiechu
teksańskie, nieśmiertelne panny, lśniące w kotarach handlu
stary statek, ponury towarzysz
obciążających myśli… rozbija powoli towarzystwo
groźnym wyrazem spadochronów
na wariackim powietrzu
ciała Indonezji skąpane w atramencie
policyjna rzeźba, tłumy w marmurze
odchodzą – emerytowany kurz

Cegła

Dobijam trumnę kolejnym papierosem
dokarmiam gołębie flakami duszy
śpię pod łuską skruszonej cegły, dobieram
kolory świtu, wydycham spaliny, wciągam brzuch
liczę na ostatni, trafny manewr – skalpelem mierzę
miasto, modlę się u stóp kamiennego Buddy
wliczonego w napiwek, skruszonego milczeniem
jak cegła, czytam kolejną książkę, kupuję kolejną
składankę Lennona, zadowalam się tanią bibułką
zawinę w nią nuty, odarte z bezdroży, pięknie
wypolerowane ciszą, prorocy nie muszą już
pisać po murach, nie muszą niewinni stawać
przed ogniem karabinów, rozprawiać o zmierzchu
z cichymi damami, szkolonymi w zasadach poezji
kuriozach dobrego smaku… nie muszą już nic,
nie musi już nikt…

Kapelusz buntownika

Fragment kapelusza kobiety
przetrawia zdawkowo pył
i cegły
wypluwa
słomkowy świt
spija powoli całuny gwiazd
z warg sromowych
nieba
zbierając miasto
we fragment pomnika
wschodnio-berlińskiego
getta
karmiąc szczury
choinką
śpiewa Dean Reed
i wszystko w porządku
po tej stronie
buntu

Tacos

Jest druga
wypaliłem już wszystkie skręty
ślad nie został po koktajlowym zespole
w głośnikach wciąż pada deszcz
i kojot drży na wietrze
zupełnie jak w japońskiej
powieści
jemy winogrona, tańczymy w piasku
piszemy papierowe listy
i nic nie jest japońskie
winyl trzeszczy, to prawie jak
kominek
i wino się nigdy nie kończy
zaśpiewamy jeszcze kilka niemieckich piosenek
zadzwonię do wydawcy
zerżnę cię dwa razy
zapalę papierosa
a potem pójdziemy na tacos

Graal

Jezus Chrystus urodził się w Lancaster, New Hampshire
z 33-letniego ojca
w drewnianej chacie bez wody i prądu
która nocą zapadała
w absolutną ciszę
była to sceneria
odpowiednia dla Mesjasza
matka zmieniła mu imię,
ale on i tak pozostał
małoletnim transwestytą
handlował prochami,
kradł
i włamywał się do porządnych
białych domów
grając na perkusji
“Jezusa w Nowym Jorku”
wkrótce nadeszli
teksańscy naziści
i narodziła się
córka
Graal pełen country
seksu
i Jima Beama
o którym nigdy
mieliśmy już
nie usłyszeć

Wednesday, December 28, 2022

Akustyka & Architektura, rozmowa z Gilbertem Artmanem (Lard Free, Urban Sax, Catalogue, Komintern)

W 2015 roku skontaktowałem się z Panem Gilbertem Artmanem celem przeprowadzenia z nim wywiadu. Oto, czego dowiedziałem się na interesujące mnie tematy.

Akustyka & Architektura, rozmowa z Gilbertem Artmanem (Lard Free, Urban Sax, Catalogue, Komintern)

Saksofony w Megapolis, geneza Urban Sax.

Pomysł zaangażowania saksofonistów do wspólnego projektu powstał w wyniku komparacji występów muzyków, którzy niczym szarańcza obsiedli perony metra. Miały one wiele cech wspólnych: odbywały się zazwyczaj w małych lokalach lub kuluarach metra; repetycja fraz muzycznych, wygrywanych po kilkakroć przez muzyków, albo niesionych przez echo, sprawiając wrażenie próby zagadnięcia przechodniów, którzy ukradkiem przysłuchiwali się melodiom podczas swoich przechadzek.
Chcieliśmy stworzyć coś innego, niż tradycyjny spektakl muzyczny, który składa się z orkiestry stojącej na scenie, przodem do widowni. Naszym celem było zaburzenie tego zwyczajowego sposobu konsumpcji muzyki, zwłaszcza saksofonu, będącego kwintesencją muzyki rockowej i jazzowej. Wychodząc z tego założenia, skupiamy się na walorach akustycznych oraz obserwujemy, jak dźwięki przemieszczają się w przestrzeni. Słuchacze znajdują się na skrzyżowaniu trajektorii melodii granych przez muzyków rozmieszczonych w różnych punktach na sali, które poprzez repetycje, łączą się w spójną całość.
W rezultacie najważniejszym aspektem naszego projektu jest wybór miejsca. Styl architektoniczny nie jest istotny, natomiast wybrana lokalizacja musi być zamknięta, charakteryzować odpowiednią akustyką i móc być wykorzystaną do celów rozrywkowych (teatr, świątynia, odgrodzony rynek, cyrk…). Celem jest wykorzystanie każdego centymetra przestrzeni.

Filozofia współczesnego kompozytora, Filozofia występującego zespołu.
Od kompozycji, do występu. Co się zmienia, a co jest ciągłe.

Kiedy mówi się o filozofii występu, to trzeba wziąć pod uwagę, że miejsce występu, czy odpowiedniość danej chwili może wpłynąć na kompozycję muzyczną i ją zmienić. To właśnie miejsce, rozmieszczenie muzyków i dźwięków w przestrzeni wpływa na końcowy efekt, podczas gdy choreografia, sceneria są dostosowywane do specyfiki lokalizacji.

Relacje kulturalne, wymiana doznań słuchowych.
Urban Sax na świecie, ciekawe spotkania, wykłady.

Największym darem losu , który wyniknął z tego przedsięwzięcia, są niewątpliwie spotkania z muzykami, architektami, tancerzami, z którymi mamy przyjemność tworzyć.
Zawsze fascynowała mnie muzyka rytualna, która dla mnie jest zupełnie inna od spektakli muzycznych. Jest pełna wirtuozerii, a zarazem intymna, brak w niej ekshibicjonizmu. Zawiera natomiast pojęcia wspólnoty, rodziny, pewności…

Środowisko & Rozwój.
Od studia do najbardziej interesującego miejsce występu.

Oczywiście, są różnice pomiędzy muzyką nagrywaną w studiu, a muzyką graną na żywo. Nawet jeśli studio oferuje wspaniałe możliwości, jeśli chodzi o precyzję i dźwięk, to nadal ogranicza, gdyż źródło dźwięku jest zawężone do prostej stereofonii ( z wyjątkiem stereofonii wielokanałowej).
W przypadku ostatniej płyty, która została zrealizowana w stereofonii wielokanałowej, odwzorowując ustawienia muzyków podczas koncertów, mogliśmy oddać uczucie przestrzeni i przemieszczania się dźwięków, tak jak są one odczuwane w teatrze.
W celu wydania płyty winylowej (by zaspokoić nostalgię za sprzętem analogicznym), dokonaliśmy redukcji stereofonii i usunęliśmy niektóre partie, żeby zwiększyć przejrzystość dźwięku. Jednak największym problemem nagrywania muzyki w studiu jest konieczność zdefiniowania końcowego efektu, podczas gdy w przypadku koncertów w ramach naszego projektu mamy większą swobodę.
Do najbardziej interesujących miejsc należą niewątpliwie miejsca najmniej prawdopodobne, czy wręcz trudne. Mieliśmy raz okazję grać w elektrociepłowni w Lizbonie, przy funkcjonujących maszynach. Była niczym katedra ku chwale XXI wieku, a dla nas i dla publiczności było ogromną przyjemnością zmienić ich miejsce prac, przywłaszczyć je w celach artystycznych. Innym magicznym miejscem były ruiny Baalbek w Libanie.

1977.
Sprzeciw wobec, czy sojusz z punkiem? Idea i estetyka pierwszego albumu.

Pierwsi krytycy używali sformułowania „Punk Zen”. Dla mnie ruch punkowy był zbawienny. Mogłem wkroczyć do świata muzyki, w okresie jazzu, gdy wydawało się, że wszystko w muzyce jest dozwolone i który, nadawał sens życiu. Niestety wkrótce ten wspaniały ruch, zasilany przez muzyków napływających ze Stanów Zjednoczonych, został zniszczony, zeuropeizowany, zintelektualizowany, stając się muzyką słuchaną i graną przez wąską grupę wykształconych miłośników. W końcu muzycy punkowi powrócili do tych dźwięków i tej pasji. Później w ten sposób wykształciła się muzyka techno.

Nowy album.
Dlaczego jest ważny?

Jest dla mnie ważny, ponieważ pozwala pokazać przyszłość, trochę jako powrót do korzeni.

Propozycje muzyki francuskiej według Pana Gilberta Artmana.

Nie słucham zbyt dużej ilości płyt, a jeśli to robię, to z nostalgii. Mogę wymienić koncerty, w których brałem udział.
Chciałbym wspomnieć o moim trochę szalonym dźwiękowcu, który skonstruował organy z ognia i który wie, jak korzystać z życia w wariacki sposób.
Miałam okazję brać udział w koncercie grupy „We Free”, wspaniałego trio, wywodzącego się z ruchu free jazzu, którzy teraz grają muzykę salonową, w której jednak wszystkie dźwięki zdają się z tego salonu tryskać. Grają z ogromną wiedzą i swobodą. Właśnie ta wiedza pozwala im na wolność. Wspomniałbym także o swoim ostatnim koncercie, gdzie poznałem trio wybitnych muzyków „Crashing Dolls”, których jeśli miałbym z kimś porównać, to z Lydią Lunch, Diamandą Gallas, Velvet Underground, belle epoque, Alanem Végą, François-Robertem Lloydem albo Jacques’iem Remus.

Thursday, December 22, 2022

Die Grüne Antarktis: Erster Ausschnitt (2022).

Die Sonne scheint und füllt den Himmel mit Conquistas Gold. Wir marschieren durch die rote Wüste. Im Grunde dort, wo sich Sand und Meer treffen. Da ist nichts zwischen ihnen, nur zwei Menschen, die schweigend gehen, mit einem Soundtrack von Dudelsäcken und Kirchenglocken. Er trägt ein weißes Gewand mit einer türkisfarbenen Schärpe, sie ist nackt, nur mit einer nicht näher bezeichneten tropischen Blume im Haar. Seine Glatze glänzt in der Sonne, ihr langes blondes Haar spiegelt sein Spiegelbild. Füße hinterlassen keine Spuren im Sand. Der Wind heult, aber der Sand liegt ruhig an seinem Platz, und das Haar der Frau bleibt unbewegt. "Dunkel ist der Garten", jammert ein Chor, der wie tibetische Ritualmusik klingt, "und wir müssen gehen." Der Schatten riesiger Flügel bedeckt für einen Moment die Wüste. Bald verklingt Musik, eine spezifische Klangkunst, entfernte Echos eines Gesprächs, ein Flüstern ist zu hören. Liebhaber. Fremde. Gesten. Dauern. Das hat ihr Wind zum Sand gesagt, das hat der Sand gehört, eingehüllt in den ewigen Abendmorgen, das tragen alle Liebenden, Fremden, Gesten und Dauern unter ihrem Schädel, wo sich die Milchstraße windet, und um sie herum das Ganze Universum der Schwingungen, die Melodie der Ewigkeit. Dunkel ist der Garten, und wir müssen gehen.

The sun is shining and filling the sky with Conquistador's gold. We march through the red desert. Basically where sand and sea meet. There's nothing between them, just two people walking in silence to a soundtrack of bagpipes and church bells. He wears a white robe with a turquoise sash, she is nude with only an unspecified tropical flower in her hair. His bald head glistens in the sun, her long blond hair reflects his reflection. Feet leave no footprints in the sand. The wind howls, but the sand lies still in its place and the woman's hair remains motionless. "The garden is dark," wails a chorus that sounds like Tibetan ritual music, "and we must go." The shadow of huge wings covers the desert for a moment. Music soon fades away, a specific sound art, distant echoes of a conversation, a whisper can be heard. Lovers. Strangers. Gestures. Durations. That's what their wind said to the sand, that's what the sand heard, wrapped in the eternal evening morning, that's what all lovers, strangers, gestures and durations carry under their skulls, where the Milky Way winds, and around them the whole universe of vibrations, the melody of eternity. The garden is dark and we must go.

Słońce lśni faszerując niebo złotem konkwisty. Maszerujemy przez czerwoną pustynię. W zasadzie tam, gdzie spotyka się piach i ocean. Pomiędzy nimi nie ma nic, tylko dwoje ludzi maszerujących w ciszy, z podłożoną ścieżką dźwiękową kobzy i kościelnych dzwonów. On ubrany jest w biały szlafrok przepasany turkusową szarfą, ona jest naga, jedynie we włosach ma niesprecyzowany tropikalny kwiat. Jego łysa głowa lśni w słońcu, jej długie blond włosy odbijają jego refleksy. Stopy nie zostawiają śladów w piasku. Wyje wiatr, ale piasek spokojnie leży na swoim miejscu, a włosy kobiety pozostają niewzruszone. „Mroczny jest ogród” zawodzi chór brzmiący niczym tybetańska muzyka rytualna „a my musimy iść”. Cień gigantycznych skrzydeł spowija na moment pustynię. Wkrótce dźwięk muzyki, specyficznego sound art, cichnie, słychać dalekie echa rozmowy, szeptu. Kochanków. Nieznajomych. Gestów. Trwań. Oto co powiedział ich wiatr piaskom, oto, co piaski usłyszały spowite wiecznym poranko-zmierzchem.Oto, co wszyscy kochankowie, nieznajomi, gesty i trwania noszą pod czaszkami, gdzie wije się Droga Mleczna, a wokół niej cały wszechświat drgań, melodia wieczności. Mroczny jest ogród, a my musimy iść.